Nieodkryte Niemcy - Rugia

Najmniejszy Park Narodowy w Niemczech, pełne kutrów rybackich i statków porty morskie, a także tętniące życiem kurorty nadmorskie to tylko niektóre z atrakcji, którymi może pochwalić się niemiecka wyspa Rugia.

Niemcy to kraj, który zaraz po Hiszpanii jest najczęściej odwiedzanym państwem w Europie. Niestety, my Polacy, nie doceniamy tego kraju pod względem turystycznym tak jak na to zasłużył. Jeśli się już do niego wybieramy to głównie do dużych miast lub ośrodków akademickich w tych trochę mniejszych miastach. Kiedy ostatnio podzieliłam się zdjęciami ze znajomymi z mojej wyprawy na Rugię, to większość z nich pytała ze zdumieniem czy to na pewno są Niemcy? Tak, Niemcy to nie tylko duże miasta, ale także przyroda i te mniejsze miasteczka, które nierzadko znajdziemy też na światowej liście UNESCO. Warto o tym pamiętać, gdyż to właśnie te mniej popularne miejsca potrafią zrobić na nas większe wrażenie niż Berlin, Monachium, Hamburg, itp...

Na Rugię dostałam się bez większych problemów, ponieważ jechałam z Lipska w Saksonii. Byłam tam wówczas na Erasmusie i moim głównym celem (marzeniem) był właśnie ten wyjazd. Kupiłam bilet na Flixbusa, który w ok. 6-7 godzin dowiózł mnie do centralnie położonej miejscowości na Rugii – Bergen. Spotkałam się tam z moim chłopakiem, który jechał z Warszawy. Jego podróż była trochę bardziej skomplikowania, gdyż on dostał się najpierw do Szczecina bla bla carem, a następnie kupił sobie bilet kolejowy na cały land Meklemburgia Pomorze-Przednie (tak, obejmuje on też miasto Szczecin) i na tym bilecie, z kilkoma przesiadkami dojechał do Bergen (ogólnie bilety na landy to bardzo atrakcyjna możliwość podróżowania, szczególnie kiedy jest nas więcej. Bilet dla jednej osoby kosztuje 23 euro, ale kiedy uzbiera się już 5 osób to wtedy wychodzi ok. 8,5 euro na osobę. Ponadto, często bilety oferują możliwość podróżowania także do innych krajów związkowych, a w niektórych przypadkach nawet za granicę). Z Bergen dojechaliśmy już komunikacją miejską (która swoją drogą jest bardzo droga, więc przygotujcie sobie dużo pieniędzy jeśli nie macie auta. Bilet kupuje się u kierowcy więc karty płatnicze nie wchodzą w grę) do Sassnitz, gdzie mieliśmy wynajęty pokój z łazienką w domu jednorodzinnym.

Zmęczeni, ale szczęśliwi, że znowu razem na podboju świata, po wielogodzinnej podróży postanowiliśmy jeszcze przejść się po uroczym miasteczku. Był to koniec czerwca, więc choć było już późno, to było jeszcze widno i dość ciepło jak na bałtyckie warunki. Wybraliśmy się do portu, w którym słyszeliśmy kilka polskich głosów – nie zagadywaliśmy, gdyż naszym celem była oddalona latarnia, do której za wszelką cenę chcieliśmy dotrzeć przed zmrokiem. Nasz pośpiech wynikał z faktu, że molo w Sassnitz liczy sobie aż 3 km, więc w sumie do przejścia mieliśmy 6 km. Oczywiście nie są to spore odległości, ale my byliśmy już zmęczeni podróżą, a poza tym nie chcieliśmy wracać o zmroku. Okazało się, że był to świetny pomysł wybrać się o tej porze, gdyż latarnia na tle nieba, które dopiero co uśpiło słońce, wyglądała niesamowicie.

Nasz krótki wypad do latarni, okazał się nie tylko dobrym pomysłem ze względu na piękny zachód słońca, ale także ze względów czasowych i pogodowych. Kolejny dzień przywitał nas deszczem, więc z domu wyszliśmy ledwo przed południem. Mieliśmy już plany na ten dzień, a wyprawa do latarni raczej by się nie zmieściła w naszym grafiku (co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj). Wsiedliśmy do autobusu w Sassnitz i za 10 min byliśmy u wejścia do Parku Narodowego Jasmund. Warto podjechać autobusem, gdyż wejście jest dość strome, a trasa w obydwie strony taka sama. Oczywiście jeśli ktoś woli się wspinać może wejść na górę i zjechać autobusem, lub też zejść o własnych siłach. Trzeba mieć tylko na uwadze, że trasa liczy w jedną stronę ok. 11km. Wejście do parku kosztowało nas 8 euro i tego nie polecamy Wam robić. Wstęp obejmuje wejście do muzeum i krótki film (jednak wchodząc do parku narodowego nie mamy ochoty siedzieć w muzeum czy na filmie) oraz punkt widokowy, który owszem zapiera dech w piersiach, ale w porównaniu z innymi widokami na trasie, za które nie trzeba płacić, wejście do parku można sobie darować. Wejście na trasę widokową znajduje się natomiast na przeciwko wejścia do parku i jest dość całkiem dobrze oznaczone, tak jak cała trasa, która prowadzi do Sassnitz. Zajęła nam ona około 3,5 godz. Ciężko mi powiedzieć czy to dużo czy mało, gdyż robiliśmy przerwy na zdjęcia czy też na uzupełnienie płynów. 

Wchodząc na trasę na początku idziemy górą wzdłuż urwiska. Nie jest ono niczym zabezpieczone, więc nie należy podchodzić zbyt blisko. Zatrzymujemy się co chwile podziwiając piękne widoki i błękit naszego pięknego, jakże wówczas spokojnego Bałtyku. Największe wrażenie zrobił na nas widok, który znajduje się w miniaturce zdjęcia. Westchnieniom nie było końca, ale dłuższe przerwy jednak nie wchodziły w grę, gdyż w tym roku Rugię nawiedziła plaga muszek, które choć nie gryzą to jednak były bardzo uciążliwe dla nas. W połowie trasy zdecydowaliśmy się na zejście na plażę 
i pokonanie reszty trasy wzdłuż morza. Trasa plażą oznaczona jest jako droga na własną odpowiedzialność, gdyż istnieje ryzyko osuwiska. Wąska plaża nie zapewnia także bezpieczeństwa przed większą falą, a uciekać nie ma za bardzo jak. Dobrze, że morze nam tego dnia sprzyjało, bo widoki z dołu są równie imponujące jak te, które najpierw podziwialiśmy z góry. Jesteśmy prawie sami, rzadko kiedy mijamy innych turystów, choć pogoda znowu nam dopisuje. Trasa dość ciężka. Nie jesteśmy raczej zwolennikami chodzenia po piasku czy kamieniach przez trudną do określenia ilość czasu, ale raz na jakiś czas dla takich widoków możemy się poświęcić.. Niestety, na sam koniec przed wejściem do miasta przejście jest całkowicie zatarasowane przez osuniętą ziemie. Wtedy dopiero uświadamiamy sobie z jakim ryzykiem 

i żywiołem mamy do czynienia. Nie bez powodu na plaży mijamy powyrywane drzewa z korzeniami – jedne już zeschnięte, a inne bardziej „świeże”. Udaję nam się przejść po osuwisku, choć oprócz nas nikt tego nie próbował. Trochę na czworaka, ale ważne, że skutecznie. Byliśmy już zbyt głodni, żeby wracać się do jednego z wyjść, które po drodze mijaliśmy. Choć nie ma ich za dużo, więc jeśli zdecydujesz się na spacer plażą, to lepiej, żeby nie towarzyszyły Ci zbyt duże fale. Tymczasem, my znów byliśmy w Sassnitz. Zjedliśmy obiad, pokręciliśmy się jeszcze trochę po mieście (bo też warto przejść się wśród pięknych willi) i wróciliśmy pełni wrażeń do naszego domku.

Sellin i Binz to był nasz plan na kolejny dzień. Początkowo chcieliśmy wypożyczyć rowery, ale Pan z informacji turystycznej w Sassnitz (swoją drogą bardzo pomocni, warto do nich zaglądnąć) skutecznie nas do tego zniechęcił twierdząc, że trasa jest zbyt ciężka. Trochę potem żałowaliśmy, że nie wypożyczyliśmy tych rowerów, bo i kilometrów nie dużo było (ok. 15 do Sellinu i 11 do Binz). Autobus do Sellina jechał ok 40 min (jeżdżą trochę naokoło). To miasteczko zdecydowanie bardziej oblegane przez turystów, z większą ilością willi, ale już nie z tak okazałym wybrzeżem. Oczywiście molo z pięknym budynkiem zrobiło na nas wrażenie tak jak zdjęcia z internetu. Plaża piękna, duża i piaszczysta. Niestety, w morzu duże ilości glonów, które nie zawsze wydzielały przyjemny zapach. Pomimo zachmurzenia morze było dość ciepłe, choć u nas skończyło się na moczeniu nóg. W Sellinie kusiła nas też jeszcze jedna atrakcja. Kapsuła podwodna kosztowała w granicach 10 euro i oferowała całkowite zanurzenie i możliwość zobaczenia dna Bałtyku. Pod warunkiem, że się je zobaczy – no bo niestety nasz Bałtyk jest dość mętny i raczej nie oferuje takich atrakcji jak morza koralowe... Na szczęście my nie skorzystaliśmy, a po opiniach w Internecie tylko bardziej utwierdziliśmy się w przekonaniu, że dobrze zrobiliśmy.

Z Sellina do Binz jedzie się krótko, więc nie zdążyliśmy odpocząć. Naszym pierwszym celem był obiad. Udało nam się trafić na tradycyjnego, niemieckiego currywursta z frytkami. Tanio i smacznie. Trochę się naszukaliśmy tej budki, gdyż Binz jest jednym z najdroższych kurortów na Rugii więc królują tam dość drogie restauracje, wille, ekskluzywne sklepy czy też hotele. Mile zaskoczyła nas natomiast plaża, która choć znajduje się zaledwie 4-5 km od Sellinu, była znacznie czystsza i lepiej zagospodarowana. Można było rozegrać mecz siatkówki plażowej na specjalnym boisku czy tez zrelaksować się na specjalnych krzesłach do wynajęcia lub napić się drinka w barze na plaży. Nie było też glonów, które w Sellinie potrafiły skutecznie obrzydzić wejście do wody na niektórych odcinkach. Aż chciałoby się tam zostać na dłużej! No, ale może też nie za długo, bo niestety piękne plaże przyciągają też tłumy głośnych turystów. Coś za coś. Po zachodzie słońca wróciliśmy do Sassnitz.

W ostatni dzień wybraliśmy się na Kap Arkona. Żeby dojechać tam z Sassnitz musieliśmy się aż trzy razy przesiadać co zajęło nam trochę ponad godzinę! Trzeba uważać na autobusy, bo choć nie raz mają napisane, że kończą kurs w połowie trasy, to okazuje się, że tam czeka wówczas kolejny autobus, który jedzie dalej. Trzeba dopytywać kierowców. Podczas jednej przesiadki mamy 20 min do kolejnego autobusu. Jesteśmy w miejscowości Altenkirche, 
w której jak sama nazwa wskazuje znajduje się stary kościół. Jest on akurat w remoncie, ale nie przeszkadza nam to w wykonaniu kilku zdjęć i zaglądnięcia na chwilę do środka. Z Altenkirche dojeżdżamy w kilka minut do Putgarten. Sprawdzamy kiedy odjeżdża ostatni autobus i lecimy na Kap Arkona. Możemy iść na nogach lub podjechać specjalną kolejką za kilka euro. Można też podjechać autem czy rowerem po normalnej drodze asfaltowej, ale nam nie było dane skorzystać z takich przywilejów. Wybieramy drogę ma pieszo - w końcu to tylko 1,5 km. Po drodze mamy piękne widoki na latarnie morską. Wygląda niesamowicie, co chwile przystajemy na zrobienie zdjęć. Wejście na latarnie kosztuje 5-6 euro. Darujemy sobie, obchodzimy wokół i zmierzamy dalej na punkt widokowy. Trasa po raz kolejny dobrze oznaczona więc bez problemu trafimy tam gdzie trzeba. Idziemy chwilę przez las, choć czuję się jakbym była w dżungli. Co jakiś czas mijamy turystów, ale nie ma też specjalnych tłumów. W końcu zza drzew, gdzieś z oddali przebija się głęboki, niebieski kolor. Widok na morze niesamowity - gładka, turkusowa tafla wody, którą od czasu do czasu przeszywają delikatne, białe bałwany. Pozujemy przez chwilę do zdjęć, ale nie za długo bo muszki nie dają nam spokoju. Uciekamy więc na plażę, w nadziei, że będzie ich mniej. Plaża jest kamienista, a rozbijające się o kamienie fale wyglądają bajecznie. Jednak wejście do wody nie jest zbyt zachęcające. Dużo glonów, kamieni i nie wiadomo gdzie jest dno a gdzie grunt. Tym razem plaża (wejścia do wody) wystarcza nam w zupełności.

Mając jeszcze sporo czasu do autobusu, zdecydowaliśmy się na wyprawę do wioski rybackiej Vitt. Oddalona zaledwie kilometr od Kap Arkona, do której prowadzi piękna trasa wzdłuż urwiska, a następnie wzdłuż zboża jest warta naszego wysiłku! Znajduje się na niej kilka punktów widokowych, z których można bez końca podziwiać piękny przylądek z latarnią, czyli już przez nas zaliczony Kap Arkona. 
 

Kilometr zleciał nam szybko, a my z każdym metrem czuliśmy, że już się zbliżamy! Zapach ryb ulatniał się już z daleka, gdyż na miejscu można było zjeść świeżą rybkę z grilla, którą dopiero co złowiono. To one nam tak ucierały nosa kiedy zbliżaliśmy się do wioski. Niestety, to nie był obiad dla mnie. Kocham owoce morza, ale ryby nie należą do mojego ulubionego menu. Wioska, choć bardzo malutka to jakże piękna! Wszystkie domki były białe, i tylko w niektórych miejscach (np. wokół okien) były pomalowane na pomarańczowy lub brązowy kolor. Urocze miejsce. Plaża była kamienista i trzeba było jak najdłużej iść w butach jeśli chciało się wejść do morza. W morzu już tak wielu kamieni nie było, ale trzeba było uważać na meduzy. Podobno te z Bałtyku nie parzą, ale jakoś woleliśmy tego nie sprawdzać. Zrobiliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy do Putgarten, w okolice naszego przystanku autobusowego. Zjedliśmy obiad i pojechaliśmy do Sassnitz.

Tak zakończył się nasz pobyt na pięknej wyspie. Czujemy niedosyt, gdyż przydałyby się nam jeszcze co najmniej ze trzy dni, a nawet i więcej mogłoby być! Polecano nam Putbus, Hidden Insel , a także cypel na południe od Sassnitz. Gdyby nie ograniczenia finansowe prawdopodobnie wybralibyśmy się na Hidden Insel, zamiast na Kap Arkona. Nie chodzi tutaj o fakt, że żałuje naszej wyprawy na Kap Arkona, gdyż jesteśmy z niej bardzo zadowoleni, ale Hidden Insel wydawał nam się bardziej atrakcyjny. Niestety podróż statkiem i dojazd do tego miejsca zdecydowanie ograniczał nasz i tak już duży budżet studencki. Dlatego też z miłą chęcią tam wrócimy i Was również zapraszamy w to cudowne miejsce!

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
4 + 9 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.