„Wycieczka od Werony poprzez krainę wina w północnych Włoszech”

Sophie przyleciała do Werony, wynajęła samochód i spędziła siedem dni w winnicach, piwniczkach, kościołach i zamkach. Nie ominęła również pobytu nad włoskim jeziorem

Filmy “Włoska robota” i te niezliczone o James’ie Bondzie pokazały, że nigdzie nie jeździ się tak, jak po włoskich drogach. To prawda, tutejsze standardy jazdy mogą być nieco niebezpieczne, ale nie da się ukryć zamiłowania do Ferrari, Porche, czy chociażby do malutkich Fiatów, śmigających po górskich drogach, i ich czerwonym i srebrnym światłom migającym na tle zapierających dech w piersiach widoków.

Mając tydzień do dyspozycji i brak chęci podróżowania na dłuższą metę, wybrałam się z lotniska Gatwick do Werony i wynajęłam samochód na miejscu. Nie był to kabriolet, taki sportowy model, o którym mogłabym zamarzyć, ponieważ mój współpasażer jest bardzo pragmatyczny i wybiera samochody z dużym bagażnikiem. Google Maps było ustawione i mogłam ruszać, aby spędzić siedem dni w winnicach, piwniczkach, kościołach i zamkach, nie pomijając pobytu nad włoskim jeziorem

 

Valpolicella

Winny region Valpolicella rozpościera się już pół godziny drogi od lotniska w Weronie, więc oczywiście był naszym pierwszym przystankiem.

 

Winnice Valpolicella

Jak wiadomo, picie alkoholu i prowadzenie samochodu nie idą w parze, dlatego najlepszym rozwiązaniem jest pozostanie w winnicy na jakiś czas. W Valpolicelli rozwija się agroturystyka, między innymi dlatego, że producenci wina szukają różnorodności, aby przyciągnąć turystów. Można tam jeść, pić i nocować w jednym z sielankowych posiadłości. La Fonte Degli Dei znajduje się w pobliżu Negrar, miejscu, które skupia najwięcej winnic i winnych piwniczek w regionie. Wystarczy skręcić z głównej drogi na ścieżkę prowadzącą pomiędzy winoroślami, która następnie wije się lekko ku górze zapewniając imponujące widoki. Pojedyncza kamienna brama stoi przed wjazdem do domu i już z daleka przyciąga wzrok.

Ta ogromna posiadłość należy do Christiny. W ostatnich latach, wraz z mężem zaczęli przyjmować gości pragnących cieszyć się spokojem na wsi. Można tu wyruszyć w piesze wędrówki lub jeździć rowerem już od progu domu, aż po winnice, które ciągną się jak tylko okiem sięgnąć.

Pewnego popołudnia zaszłam nieco dalej i trafiłam na ogrody w Villa Rizzardi. Stworzone w XVIII w. przez projektanta Luigi Trezza ogrodowe ścieżki ciągną się aż do kamiennych płotów. Można zatrzymać się na kieliszek wina w jednym w budynków przerobionych na bar i sklep.

 

Z Valpolicelli nad Jezioro Garda

Drugim etapem była wyprawa przez góry, wiodąca od Valpolicelli do Jeziora Garda. Kiedy patrzy się na szybujące na niebie ptaki, wydaje się, że to całkiem blisko, jednak góry stanowią bardzo trudną naturalną barierę i niemożliwe jest przejechanie przez nie na skróty. Zamiast tego, droga wije się zygzakiem, szukając najdogodniejszych przejazdów, następnie przechodzi w podobnie zawiłe zygzaki. Opuszczone twierdze, mnóstwo średniowiecznych kościołów, a nawet wodospad, naznaczając ten teren i sprawiając, że każdy zakręt odkrywa przed nami zaskakujące widoki.

Pierścień atrakcyjnych mniejszych i większych miast i wsi otacza Jezioro Garda. Miejscowość Malcesine, na wschodnim brzegu, jest jednym z łatwiej dostępnych miejsc od strony Valpolicelli i jest w sam raz na spędzenie tam kilku dni.

Zatrzymałam się w Hotelu Maximilian w południowej części miasta. Znajduje się on na końcu drogi, która kończy się w zatoce, więc każdy pokój ma widok na jezioro i dziesiątki lub więcej łodzi zacumowanych do brzegu. Ogrody zbiegają do jeziora, a niezliczone kwitnące drzewa tworzą oazę cienia. Pozbyłam się stresów podróży, przepływając kilka długości basenu, po czym rozkoszowałam się drinkiem Aperol spritz na tarasie.

Centralnym punktem w Malcesine jest zamek, ukryty wśród labiryntu wąskich uliczek. Wznosi się na wielu kondygnacjach i dlatego też wiatr wiejący znad jeziora wyje pomiędzy wieżami. Warto wspiąć się na szczyt, aby podziwiać piękne widoki.

Wspinając się po wszystkich stopniach człowiek robi się głodny, więc idealnie składa się, że najlepsza restauracja na Jeziorem Garda Vecchia Malcesine znajduje się kilka minut drogi spacerem stąd. Szef kuchni Leandro Luppi urodził się i wychował właśnie tutaj i jest pasjonatem promującym lokalne kuchnię i wino. Jego danie pasta carbonara z wędzoną słodkowodną rybą to rewelacja - kto by pomyślał, że carbonara może być znacznie lepsza bez boczku? Każde kolejne danie po prostu rozpływało się w ustach.

 

Il Vittoriale degli Italiani

Można przepłynąć promem na drugą stronę jeziora i przejechać nieco dłuższą rasę wzdłuż brzegu. Taka wycieczka prowadzi wprost do Il Vittoriale degli Italiani, rozległej i ekscentrycznej części, gdzie znajdują się dom poety i żołnierza Gabriela D’Annunzio, liczne zaprojektowane ogrody, mauzoleum, i raczej nieco bajecznie wyglądająca połowa statku wojennego zaklinowana we wzgórzu. Zupełnie nie mam pojęcia, jak go tutaj umiejscowiono, ale bez wątpienia widok ten robi wrażenie.

 

Wracając do Werony

Ostatnim etapem podróży był powrót do Werony, lecz nie do centrum miasta. Na zboczu góry spoglądającym na światła miasta znajduje się posiadłość o nazwie Delser Manor ofiarowana biskupowi Werony przez pogan w VIII w. Do czasów Napoleona był tutaj czynny zakon, jednak tylko piwnice przetrwały do dzisiaj.

10 lat zabrało wykopanie podziemnych tuneli i przekształcenie ich w jedyny w swoim rodzaju luksusowy hotel. Klasyczny kamienny filar - prawdopodobnie z czasów starożytnego Rzymu - stoi na parkingu obok winorośli i drzew oliwnych i jest jedynie zapowiedzią tego, co można zobaczyć wewnątrz.

Dwa filary - zdecydowanie z czasów rzymskich - dominują w centralnym tunelu, w miejscu, do którego najpierw weszłam. Teraz, kiedy murowany sufit jest nad powierzchnią ziemi, pokaźny strumień światła wpada przez oszklone francuskie drzwi. Kilka małych psów biegało i ujadało oznajmiając mój przyjazd - to one tutaj panują i niech każdy o tym wie!

Cała przyjemność z pobytu w Delser Manor polega na tym, że jako gość nie trzeba czuć się zobligowanym do robienia czegokolwiek. Trudno nazwać moją włoską podróż męczącą, lecz mimo to ostatniego dnia pozwoliłam sobie właśnie na siedzenie w cieniu pod drzewem oliwnym, czytając dobrą powieść i popijając wino z Desler. 

Autor: 
Sophie Ibbotson/Tłum: Agata Brzezińska
Źródło: 
The Travel Magazine

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
2 + 0 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.