Przeklęte złoto Inków. Kto strzeże skarbu w Niedzicy?

Ta historia to gotowy scenariusz filmowy, a wydarzyła się przecież naprawdę. Występują w niej poszukiwacze przygód, wysłannicy inkwizycji, inkaska księżniczka oraz jeden z najpiękniejszych polskich zamków. Czy warto wybrać się do niego na poszukiwanie zaginionego skarbu?

Cała historia zaczęła się w  początkach XVII wieku, kiedy to w świat wyruszył Sebastian Berzewiczy - potomek węgierskiej rodziny szlacheckiej z Podola. Aby uleczyć rany nieszczęśliwej miłości, powędrował do Indii, potem jakiś czas spędził na pokładzie statku pirackiego, wreszcie dotarł do kolonizowanej przez Hiszpanów Ameryki Południowej.

Po wielu perypetiach postanowił wieść spokojniejsze życie: poślubił piękną Indiankę, a wkrótce na świat przyszła ich córeczka Umina. Ta - gdy dorosła - wyszła za mąż za jednego z pretendentów do królewskiego tronu Inków, a  przy tym jednego z przywódców powstania przeciw znienawidzonym Hiszpanom. Niestety, nadeszły złe czasy: żona Sebastiana zmarła, a indiańskie powstanie upadło - życie jego, córki i zięcia zawisło na włosku.

Szlachcic po raz kolejny postawił wszystko na jedną kartę. W jeziorze Titicaca ukrył połowę skarbu, który służył rebeliantom do zakupów broni, drugą cichcem spakował i  ruszył z  rodziną do Włoch - tam miał nadzieję ujść prześladowaniom konkwistadorów.

 

Wielka ucieczka

Uchodźcy przybyli do Republiki Weneckiej, gdzie zamieszkali pod przybranym nazwiskiem, licząc, że ścigający ich hiszpańscy szpiedzy nigdy nie wpadną na trop rodziny. Nadzieja ta okazała się, niestety, daremna. Po 10 latach, ok. roku 1796, agenci inkwizycji wydali siepaczom miejsce ich pobytu. Napastnicy zasztyletowali męża Uminy; jej samej wraz z ojcem oraz malutkim synkiem Unkasem po raz kolejny udało się uciec.

Tym razem obrali kurs na rodzinne strony węgierskiego szlachcica. Po kilku tygodniach dotarli do dawnej posiadłości rodowej Berzewiczych -  Niedzicy - gdzie Sebastian odkupił część posiadłości od obecnych właścicieli. Zamieszkali za grubymi murami warowni nad brzegiem Dunajca, wierząc, że ścigająca ich śmierć da wreszcie za wygraną. I tym razem jednak spotkał ich srogi zawód...

Hiszpanie nie mieli zamiaru pozostawić przy życiu potomka królewskiego rodu, zdając sobie sprawę, że gdy powróci do Peru, zmobilizuje przeciw nim setki tysięcy ciemiężonych Indian. Wysłali na Węgry dziesiątki uzbrojonych szpiegów inkwizycji, którzy w końcu wyśledzili schronienie uciekinierów.

Pewnego dnia, gdy Sebastiana nie było na zamku, do środka zakradli się zamaskowani zabójcy. Zamordowali Uminę, nie udało im się jednak znaleźć Unkasa, którego zaalarmowana hałasem służba ukryła w bezpiecznym miejscu. Śmierć znów minęła go o włos...

 

Krwawy skarb

Zrozpaczony po śmierci córki Berzewiczy wyprawił jej pogrzeb i - jak głosi legenda - pochował w srebrnej trumnie gdzieś w  podziemiach zamku. Obok niej umieścił resztę złota i kosztowności, które przywiózł z Ameryki. Skarb miał czekać, aż Unkas dorośnie, tymczasem dziadek postanowił zapewnić mu ochronę przed hiszpańskimi siepaczami. Poprosił, aby dziecko adoptował jeden z krewnych: Wacław Benesz, pan na zamku w morawskim Krumlovie.

Sporządzono stosowny testament, zapisano go po łacinie na pergaminie oraz w indiańskim piśmie węzełkowym kipu, poświadczyli go przybyli do Niedzicy wysłannicy królewskiego rodu Inków i... tak oto "narodził się" Antoni Unkas Benesz. Spadkobierca ponurej historii i fortuny ukrytej gdzieś przy zwłokach jego matki.

Mijały lata. Zmieniały się granice, nazwy państw i właściciele zamku w Niedzicy. W 1946 roku przybył do niego Andrzej Benesz: prawnik, archeolog, polityk, a przede wszystkim potomek Unkasa. Miał już wydobyty z archiwów kościoła św. Krzyża w Krakowie testament Sebastiana Berzewiczego, teraz chciał uczynić następny krok na drodze do ukrytego skarbu.

W asyście milicji, straży granicznej oraz sołtysa rozbił jeden ze stopni starych kamiennych schodów prowadzących do zamku. Wydobył spod niego ołowianą tubę, a z niej pęk rzemieni ozdobionych złotymi pieczęciami. To było kipu - inkaski zapis aktu adopcji oraz... czego jeszcze? Miejsca ukrycia kosztowności? Tego nie dowiemy się już nigdy. Znalazca indiańskich "supełków" zginął 30 lat później w wypadku samochodowym i zabrał swą tajemnicę do grobu...

 

Duch na zamku

Od tego czasu w Niedzicy pojawiło się wielu poszukiwaczy przeklętego złota. Ich wysiłki do tej pory pozostały bezowocne - być może za sprawą budzącej grozę strażniczki indiańskich skarbów. Otóż, według legendy, po tragicznej śmierci Uminy i pogrzebie wyprawionym jej przez ojca, zaczęła ona ukazywać się na zamkowych korytarzach jako zjawa.

Ponoć jeden z furmanów o imieniu Jakub zabłąkał się kiedyś wieczorem w  starej części zamku i  przypadkowo wszedł do komnaty, w  której nigdy wcześniej nie był. Zastał w niej piękną, młodą kobietę, która poprosiła, aby ją stąd wyprowadził. Jakub ruszył więc dalej, a za nim dziwna nieznajoma.

Po chwili znaleźli się w kolejnym pomieszczeniu, pośrodku którego stało łoże. Kobieta położyła się na nim i zasnęła. Dopiero wtedy Jakub zauważył, że domniemane łoże to srebrna trumna, na sukni śpiącej widać plamy krwi, a wokół stoją skrzynie wypełnione złotem i drogimi kamieniami. Przerażony, stracił przytomność, a następnego dnia został znaleziony na zamkowym dziedzińcu. Okazało się, że osiwiał w jedną noc...

 

Autor: 
---------------------
Źródło: 
Interia

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
1 + 4 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.