Rok na Antarktydzie: żaglówką po lodowym świecie

Australijski żeglarz Trewor Robertson już dwukrotnie spędzał zimę w Arktyce, podróżując na małym jachcie o nazwie "Iron Bark", który zbudował samodzielnie. Zdarzyło mu się również przebywać przez rok na Antarktydzie. W wywiadzie dla czasopisma "Geo" Trewor opowiada o swoich przygodach.

 

GEO: Panie Treworze, skąd wzięła się myśl, żeby spędzić rok w tak nieprzyjaznym miejscu jak Antarktyda? 

Тревор Робертсон: Otóż, było to tak... Jachtingiem zacząłem się interesować się w latach 70-tych. Początkowo pływałem po ciepłych wodach. Jednak, z upływem czasu, turystyka jachtowa stała się masowa i w wielu miejscach zrobiło się ciasno. Potrzebowałem przenieść się gdzie indziej, ponieważ nie lubię, ani tłumów, ani "kulturowych standardów", które obowiązują na popularnych szlakach. 

Antarktyda to wspaniały wybór dla kogoś, kto żyje na półkuli południowej i nie chce pływać po tropikach. Zafascynowała mnie myśl, żeby, będąc tam, przyjrzeć się procesowi zmiany pór roku. Lato na Antarktydzie trwa przeciętnie 3-4 miesiące i jest bardzo burzliwe. Zima jest dwukrotnie dłuższa i to właśnie podczas jej trwania można zobaczyć Antarktydę w pełnym majestacie.

Zrobił Pan zapas jedzenia i paliwa na cały rok?

Tak, żeby wyruszyć w podobną podróż, trzeba być samowystarczalnym. Wziąłem wszystko, co było mi potrzebne: jedzenie, paliwo, odzież oraz apteczkę.

Poważnym problemem okazała się duża ilość paliwa, którą miałem na pokładzie. Do pokonania miałem 5000 mil morskich po najbardziej nieprzystępnych wodach świata. Kiedy załadowałem na "Iron Bark" jedzenie, wszystkie przedmioty codziennego użytku, oraz paliwo - rzeczy na 16 miesięcy - okazało się, że statek był nabity po brzegi. Bałem się, że jeśli dodam jeszcze jedną tonę paliwa, potrzebnego do ogrzania jachtu w czasie zimy, to nie zdołam pokonać wód Oceanu Południowego. Dlatego postanowiłem, że będę palić olej napędowy jedynie przez kilka godzin w tygodniu, a przez resztę czasu będę brodzić w ciemności i chłodzie.

Śnieg utulił pokład i uchronił statek przed całkowitym zamarznięciem. Mimo wszystko, temperatura w kajucie na kilka miesięcy zeszła poniżej zera. Najtrudniej było znieść nie chłód, a ciemność. Musiałem wyłączyć elektryczność, ponieważ na ogrzewanie lodu do picia oraz na gotowanie poszło 250 litrów nafty i nie starczyło na zasilanie generatora. W związku z tym, zużyłem około 300 świeczek i dziesięć litrów nafty do lampy.

Nie było Panu nudno w samotności?

W warunkach polarnych rutynowe czynności zajmują tyle czasu, że nie ma miejsca na nudę. A tak w ogóle, to miałem ze sobą sporo książek. Czytanie w warunkach panujących na Antarktydzie to dynamiczne zajęcie, ponieważ książki zamarzają. Musiałem opracować strategię. Ściągałem rękawiczki i przykładałem dłonie do prawej strony, żeby ją roztopić. W tym czasie czytałem lewą. Później zabierałem dłonie z prawej i musiałem pospiesznie - tak żeby nie zdążyła zamarznąć, przeczytać ją. To najlepszy sposób na chłodną lekturę!

A gdzie jest ciekawiej - na Antarktydzie czy w Arktyce?

Jeśli zdecydowałbym się spędzić jeszcze jedną zimę w szerokościach polarnych, wybrałbym Antarktydę.

Pan zbudował swój jacht samodzielnie. Dlaczego?

Nie było mnie stać na zakup wystarczająco dobrego statku. Obecnie statki żaglowe są dużo tańsze niż 25 lat temu i łatwiej jest dostać używany jacht - rynek obfituje we wspaniałe okazy.

Co Pana skłania do tego, żeby zapuszczać się na kraniec Ziemi?

Ciekawość oraz chęć stawiania sobie wyzwań. Na szczęście, aby pozwolić sobie na to, co robię, nie muszę być milionerem - moje podróże kosztują mnie mniej więcej 12 tysięcy dolarów rocznie. Mam ciekawe i wypełnione wrażeniami życie; do niczego nie są mi potrzebne sława, luksusowe przedmioty czy drogie restauracje.

Autor: 
Olga Ładrygina/Tłum. Rafał Lenartowski
Źródło: 
geo.ru

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
2 + 1 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.